Powieści kryminalne eksploatują najrozmaitsze typy detektywów: od policjantów po wolnych strzelców, od fachowców po amatorów, od zaburzonych geniuszy po starych rutyniarzy. Gdyby nie byli postaciami literackimi, dawno trafiliby na ostry dyżur z powodu przepracowania. Może to zatem nie przypadek, że coraz więcej bohaterów mrocznych lektur ma coraz więcej wspólnego z medycyną.

Długo jednak trwało, zanim w kryminale biały kitel zastąpił wymięty prochowiec, a jeszcze dłużej, zanim czytelnicy pokochali nowy typ bohatera. I antybohatera. Był początek lat 80., gdy Thomas Harris napisał pierwszą powieść o Hannibalu Lecterze, lecz dopiero w 1991, dzięki ekranizacji Milczenia owiec, postać lekarza wdarła się do popkultury z dreszczykiem. Lecter, genialny psychopata, dziś jest już bohaterem kilku powieści, filmów i udanego serialu. Umiejętności psychiatry pozwalają mu skutecznie manipulować ludźmi, a wiedza anatomiczna i chirurgiczna czyni z niego sprawnego mordercę. Chociaż w Milczeniu owiec jest już więźniem pod specjalnym nadzorem, agentka FBI przychodzi po radę właśnie do niego, bo nie ma lepszego diagnosty zbrodni. I niewiele jest tak przejmujących scen jak psychologiczne pojedynki z trudem ukrywającej lęk Jodie Foster i pozbawionego emocji Anthony’ego Hopkinsa w roli Lectera.

Podobne wrażenie robi już sama czołówka kultowego serialu Dexter (2006-2013), inspirowanego powieścią Jeffa Lindsaya. Niby nic szczególnego: poranek everymana, który smaży jajka i zacina się przy goleniu. Jednak spływająca do umywalki krew znaczy bardzo wiele, bo tytułowy bohater Dexter Morgan w ciągu dnia jest policyjnym analitykiem śladów krwi, a w nocy seryjnym zabójcą. Inaczej jednak niż Lecter, nie morduje niewinnych, ale nieuchwytnych przestępców, wobec których prawo okazało się bezsilne. Tak zwykły laborant bierze na siebie trud chirurga, inwazyjną metodą ratując społeczeństwo przed nowotworem zbrodni. Wszak Dexter po łacinie znaczy praworządny…

Lecz najbardziej charakterystycznym i mimo odstręczających dziwactw, najsympatyczniejszym detektywem w szpitalu, jest bohater kolejnego popularnego serialu, Doktor House (2004-2012). Niejeden z widzów, śledzący z odcinka na odcinek diagnozy niediagnozowanych przypadków, myśli, że ogląda serial o lekarzu, nie detektywie. Jakże się myli! Gregory House nie przejawia chociażby śladowej empatii wobec chorego, a jego wywiady lekarskie bardziej przypominają przesłuchania. Twórca serialu, David Shore, nie ukrywał inspiracji postacią Sherlocka Holmesa i rzeczywiście, leczenie ludzi jest tylko skutkiem ubocznym pracy House’a, zaś misją – „przyłapanie” czynnika chorobotwórczego.

Jakże to inna wizja lekarza niż w poczciwych serialach medycznych od Doktora Kildare’a (1961) po Na dobre i na złe! Chyba jednak bardziej inspirująca, skoro nawet w jednym z odcinków Rancza doktor Wezół został pastiszowym alter ego House’a i tak jak amerykański kolega wykrył niepożądaną interakcję leków u wójta oraz proboszcza. Dodajmy, że w 2016 roku honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru, najwyższe polskie wyróżnienie dla twórcy kryminałów, odebrała Tess Gerritsen, amerykańska lekarka i autorka thrillerów medycznych. Bo czyż każdy diagnosta nie czuje się czasem detektywem?