Autor kryminału przypomina XVIII-wiecznego doktora Edwarda Jennera, który zaraził ospą zdrowe dziecko, mając nadzieję na odkrycie szczepionki. W historii medycyny Jenner zapisał się jako wielki człowiek, ale tylko dlatego, że mu się udało. W razie porażki jego nazwisko odnotowywałyby nie podręczniki medycyny, tylko kryminalistyki. Pisarz kryminałów ryzykuje mniej, lecz i on zaraża świat wirusem zbrodni jedynie po to, by uleczyć go za pomocą detektywa.

Dlaczego od prawie 200 lat liczna część publiczności literackiej wybiera właśnie powieści o zbrodni i detektywie? Dlaczego nawet była minister kultury prof. Małgorzata Omilanowska, zapytana przez „Politykę” o ulubione książki, bez skrępowania wymieniła kilka nazwisk polskich autorów kryminałów? Odpowiedzi udzielił w Etnologu w Mieście Grzechu (2010) Mariusz Czubaj – antropolog kultury i ceniony pisarz. Siłą kryminału jest iście lekarska, realistyczna diagnoza obaw, którymi żyje społeczeństwo – to jedna z głównych tez pracy Czubaja.

W wiktoriańskiej Anglii scenerią powieści detektywistycznej bywała na ogół posiadłość, zaś przestępcą pretendent do spadku. Zamożna klasa średnia podtrzymywała wówczas swój mit moralności i domu-rodzinnej twierdzy, z coraz większym trudem drutując pęknięcia w tym wizerunku. Kiedy jednak middle class skończyła czytać Psa Baskerville’ów (1902) Arthura Conan Doyle’a, mogła odetchnąć z ulgą: „W rzeczy samej, nie jesteśmy zdrowi, ale znajdzie się ratunek. Znajdzie się dżentelmen, który przyłapie czarną owcę jak Sherlock Holmes!”.

Lata międzywojenne to cudowny okres dla powieści kryminalnej! Tradycję zbrodni w wiejskiej posiadłości kontynuuje Agatha Christie, równocześnie za oceanem powstaje nowa odmiana: czarny kryminał, który żyje przede wszystkim wielkomiejskim tłokiem i wielkomiejską anonimowością (Dashiell Hammet, Raymond Chandler). To ważne zestawienie, bo ludzie pamiętali jeszcze te stare, dobre przedwojenne czasy, tymczasem świat zmieniał się na ich oczach. Zachodnie społeczeństwa jeszcze niedawno przypominały torty złożone z warstw, teraz stawały się wymieszanymi sałatkami z podejrzanego baru dworcowego. Już samo to budziło obawy, a co dopiero, gdy w 1929 roku świat ogarnął Wielki Kryzys!

W Sokole maltańskim (1930) D. Hammetta detektyw Sam Spade musi otrzeć się o wszystkie męty miasta i wybrudzić niczym chirurg płynami ustrojowymi, nim zdemaskuje złoczyńców. Nie inaczej jest u jego dziś głośniejszego ucznia R. Chandlera. W pierwszej powieści francuskiego mistrza kryminału Georgesa Simenona Maigret i goście z Europy Wschodniej (1929) w kręgu podejrzanych są sami przybysze. W Polsce Aleksander Błażejowski pisze wtedy Sąd nad Antychrystem (1927), w którym role czarnych charakterów grają bolszewiccy szpiedzy, zaś Stanisław A. Wotowski w Czarnym adepcie (1928) i Sekcie diabła (1930) demaskuje sekty satanistów.

Tajne organizacje, terroryści i zamachowcy – wszystko to powróciło w powieściach sensacyjnych czasów zimnej wojny: w cyklu o Jamesie Bondzie rozpoczętym przez Iana Fleminga w 1953 czy w znakomitym, dwukrotnie ekranizowanym Dniu Szakala (1971) Fredericka Forsytha. Nieprzypadkowo Hannibal Lecter musiał na sławę czekać dziesięć lat, kiedy czytelnik mniej będzie się obawiał wskazanego palcem przez Reagana „imperium zła”, a bardziej demona zbrodni wewnątrz własnego społeczeństwa. Właśnie „wewnętrzne demony” przyniosły międzynarodową sławę także autorom skandynawskim, jak przedwcześnie zmarły Stieg Larsson czy Henning Mankell, który niedawno przegrał walkę z rakiem. Warto zwrócić uwagę, że ten ostatni już w latach 90. wyraźnie rysował w swoich powieściach kwestię otwartych granic i losu imigrantów, co wówczas brzmiało niczym: „powinien pan rozważyć rzucenie palenia”, a dziś jest gorącym problemem całej Europy.

Dobry pisarz to bowiem nie patolog, lecz ostrzegający przed chorobą diagnosta. Oczywiście niejeden pacjent zlekceważy zagrożenie, skoro nic go jeszcze nie boli. Kryminały częściej bowiem mówią o problemach, które leczy się na oddziale wewnętrznym, zakaźnym lub ostatecznie miękką chirurgią. Pacjent pocierpi, przejdzie na dietę, zmieni nawyki, ale będzie żył. Nasze obawy rodem z SOR-u to domena powieści sensacyjnych. Skoro jednak świat nie jest już tak stabilny, jak jeszcze kilka lat temu, zapewne będziemy znów częściej czytać o Szakalach niż Lecterach.