Na długo przed Lecterem, Dexterem czy House’m w fabułach kryminalnych lekarz był nieodłącznym pomocnikiem detektywa. Wystarczy wspomnieć o Witoldzie Halskim, doktorze z warszawskiego pogotowia przy Hożej z najważniejszej polskiej powieści kryminalnej XX wieku, Złego Leopolda Tyrmanda. Jednakże w niemal każdej pojawia się postać medyka, nie tylko medyka sądowego.

Więcej niż przeciętnie występuje ich w moich książkach o komisarzu Maciejewskim i to z kilku przyczyn. Wprawdzie jestem idealnym klientem NFZ – takim, który znacząco częściej płaci składki niż zasięga porad lekarskich – lecz od czasu do czasu i ja bywam pacjentem, to pierwszy powód. Jako pisarz nauczyłem się okiem wychwytywać szczegóły, a uchem charakterystyczne fragmenty zasłyszanych rozmów, dlatego najzwyklejsza przychodnia POZ ciekawi mnie jako obcy świat. Bo czy to nie powieściowe, gdy pewien dystyngowany lekarz, którego poprosiłem o skierowanie na badania kontrolne, zapytał, czy chcę wynaleźć dla siebie jakąś chorobę? I czy to nie cudowne, gdy inna pani doktor, którą odwiedziłem w banalnej sprawie, kazała mi zrobić kompleksowe badania? Tak mi się to spodobało, że pozwoliłem sobie skorzystać z jej nazwiska i w moim najnowszym Portrecie wisielca pojawił się nader kompetentny i dowcipny doktor Matraszek.

Gdy zaś nie jestem pacjentem, tylko gromadzę dokumentację do swoich kryminałów historycznych, poznaję ważne postacie dawnych lekarzy. Dlatego właśnie w Morderstwie pod cenzurą we wspomnieniu bohatera mignął doktor Arnsztajn. W Lublinie, gdzie dzieje się akcja kryminału, to znane nazwisko, dziś głównie z powodu poetki Franciszki Arnsztajnowej (1865-1942). Jednak w latach 30. znali je także lublinianie, którzy nie czytali wierszy. Marek Arnsztajn, mąż poetki, był lekarzem, który nie wahał się inkasować wysokie honoraria od zamożnych pacjentów, natomiast biednych leczył za darmo, czasem dając im jeszcze pieniądze na lekarstwa. Gdy zmarł w 1930 roku, na cmentarz żydowski odprowadziło go 10 tys. żałobników różnych wyznań. Cztery lata później poetka straciła syna, Jana Arnsztajna, również lekarza, który poświęcił się zwalczaniu gruźlicy i sam przegrał walkę z tą chorobą. Z kolei w rozgrywającym się w połowie lat 40. Pogromie w przyszły wtorek do rangi mentora Maciejewskiego urasta dentysta Mojżesz Zajfen, którego znalazłem w książce telefonicznej z 1938, a potem zaprzyjaźniony historyk powiedział mi:

- Czy wiesz, że przeżył okupację i krótko po wojnie też praktykował? I że Mojżesza miał na pieczątce, ale dla przyjaciół był Mietkiem?

Oczywiście nie wszystko w kryminale musi być oparte na faktach, za to zgodne z logiką. Skoro więc partnerką życiową komisarza jest pielęgniarka z lubelskiego szpitala dziecięcego, siłą rzeczy oboje nieraz rozmawiają o lekarzach, których wymyśliłem na potrzeby powieści. Pielęgniarka najwięcej mówi o poczciwym ordynatorze Gilanowicz ze swojego oddziału, co chwilami budzi nieuzasadnianą zazdrość Maciejewskiego. On natomiast z racji zawodu najwięcej ma do czynienia z lekarzem sądowym, Krępielem. To również postać fikcyjna i dla odmiany niesympatyczna. Doktor Krępiel, od początku skonfliktowany z komisarzem, krzywo patrzy na jego hipotezy śledcze, a Maciejewski nie szczędzi mu złośliwości. Pod tym względem negatywnie wyróżniam się spośród kolegów po piórze, którzy na ogół ubóstwiają „lekarzy ostatniego kontaktu” i nieraz przyznają w wywiadach, że właśnie znajomość z nimi wniosła do książek wiele autentyzmu.

Szczególnie owocna okazała się współpraca świetnego autora kryminałów Marka Krajewskiego z wrocławskim medykiem sądowym Jerzym Kaweckim. Pisarz asystował lekarzowi przy sekcjach zwłok, a w 2015 ukazał się napisany w duecie pitawal Umarli mają głos
o najciekawszych przypadkach doktora Kaweckiego. Nie był to oczywiście pierwszy raz, gdy lekarz sądowy wyszedł z mroków prosektorium w światło fleszy – przykładem Jan Garavaglia znana z cyklu telewizji Discovery Doktor G. – lekarz sądowy, a także z książki Jak nie umrzeć. Opowieści patologa sądowego (wyd. polskie 2010). Po lekturze obu śmiem jednak twierdzić, że o ile Garavaglia znakomicie wygląda na ekranie – robi wrażenie, gdy piękna kobieta kroi trupy bez zmrużenie oka – czytać wolę duet Kawecki-Krajewski. Może to znak, że dobrzy pisarze czasem przydają się utalentowanym lekarzom?

Medyków czytających powieści i pisarzy zainteresowanych medycyną łączy wzajemna fascynacja, to podpowiada mi własne doświadczenie. Chociaż odbywałem wiele owocnych konsultacji ze specjalistami różnych dziedzin, nie zapomnę najkrótszej z nich:

– Panie doktorze, jak zabić nożem, żeby bardzo bolało?
- W nerkę.
- A żeby bolało jeszcze bardziej?
- Nożem można w ranie poobracać.

Z historykiem rozmawiałbym godzinę, lekarz spieszył się na dyżur i istotę sprawy przekazał w niespełna pół minuty. Skwapliwie to wykorzystałem, oczywiście tylko na papierze.