W Głębokim śnie sam Raymond Chandler, mistrz czarnego kryminału, pogubił się we własnych wątkach i zapomniał o jednym morderstwie. Cóż więc my, zwykli rzemieślnicy! A jednak na spotkaniach autorskich witają nas inteligentni przecież i oczytani ludzie, których twarze zdają się mówić: „Jaką pan ma wiedzę! Jaki pan precyzyjny!”. Komu innemu bym się nie przyznał, lecz Państwu powiem, bo lekarzowi mówi się prawdę: pamięć mam dziurawą, jak rzeszoto.

W powieści fantastycznonaukowej Briana W. Aldissa Cieplarnia (1962) pojawia się niezwykła hipoteza, czym jest i skąd wziął się wysublimowany ludzki mózg. Jest ni to symbiotycznym, ni to pasożytniczym grzybem, który wniknął strzępkami w nasz zwierzęcy przecież układ nerwowy i zwielokrotnił IQ, zupełnie, jakby ktoś wymienił procesor w starym komputerze. Państwo, lekarze, powiedzą pewnie, że to bzdura. Ja mam jednak dowody na to, że mój mózg potrafi zachowywać się niczym sprytny pasożyt i dostosowywać się do zmian środowiska żywiciela. Kiedy studiowałem literaturoznawstwo, a potem pracowałem jako redaktor, moja pamięć przypominała kartotekę. Zapytany o jakiś fakt z przeczytanej książki, potrafiłem wyrecytować autora, tytuł, a nierzadko także rok wydania i w przybliżeniu wskazać, w jakim rozdziale należy szukać stosownego cytatu. Dziś na spotkaniach autorskich bywam zaskakiwany przez czytelników szczegółami z własnych książek i okazuje się, że pamiętam je niewiele lepiej niż czytany na studiach poemat portugalskiego poety barokowego. Za to powieść, nad którą aktualnie pracuję, przymknąwszy oczy, potrafię sobie przywołać strona po stronie, a nawet zwizualizować i przewinąć klatka po klatce, jak film.

Tę ewolucyjną przemianę zawdzięczam głównie potrzebie higieny umysłu, której wcale nie wypracowałem świadomie – narzuciła się sama. Chcesz wymyślić coś nowego, musisz zapomnieć o wszystkim, co wymyśliłeś wcześniej. A zwłaszcza odciąć się od szumu informacyjnego, który zaburzy to zbędnymi szczegółami. Wtedy na czystej kartce może powstać tabela, wykres lub inna notatka, kreśląca neurony nowej powieści. Każdy pisarz pracuje inaczej (czyżby każdy z nas miał w głowie inny gatunek pasożytniczego grzyba?), lecz jedno nas łączy: szukamy maksymalnego spokoju i wyciszenia. Niektórzy wyjeżdżają w ciche miejsce, bywa że do klasztoru, ja zamykam się w gabinecie i staram się nie wiedzieć, czym żyją media. Biolog powiedziałby, że jestem zapłodnionym jajem.

Fabuła musi jednak rozgrywać się w realiach, współczesnych czy historycznych. Nawet jeżeli autor pisze powieść fantastycznonaukową, jej świat ma swoje reguły i mechanizmy. Na tym etapie ciekawska larwa wychodzi z jaja i zaczyna intensywnie żerować. Interesuje mnie wówczas wszystko. Niczym dziennikarz śledczy lub detektyw odwiedzam miejsca, w których poruszają się bohaterowie, chodzę tymi samymi ulicami, czytam o tym, co mogło ich dotyczyć. Moja pamięć zmienia się w kartotekę faktów, z faktów wyrastają strzępki grzybni ze znakami zapytania, a moją rolą jest znaleźć na nie odpowiedzi. Wydawać by się mogło, że ta konfrontacja zamierzeń z realiami powinna wszystko rozsypać, ale sam nie wiem czemu, tak się na ogół nie dzieje. Jeżeli nawet nowy fakt zaburzy strukturę, to tylko po to, by ją gwałtownie przebudować w bardziej efektywną. Mózg buzuje, klocki układanki same wskakują na swoje miejsca, a głowa zdaje się nienaturalnie duża – to samo czuje pewnie naukowiec pracujący nad nową pracą i obżerająca się larwa. To znak, że wkrótce czeka mnie stadium poczwarki.

Poczwarka nie robi nic istotnego, tylko stuka w klawiaturę komputera i sama zjada się od środka. Jest nerwowa – spróbujcie Państwo dotknąć motyla w tym stadium, a zobaczycie, jak zamacha odwłokiem! W tym momencie pamięć skupia się na analizie materiału i wyciśnięciu z niego maksimum znaczeń. Nie interesuje jej nic poza własnym zasobem, który zostaje poddany obróbce, co przypomina przesiewanie próbki badawczej przez coraz węższe sita. Umysł nudzi się jednak, bo każdy z Państwa przyzna, że mechaniczne wklepywanie do komputera swoich pomysłów i wiedzy bywa nużące. Dlatego od czasu do czasu w pamięciowym sicie coś zgrzytnie i trzeba potrząsnąć, żeby przeleciało pod innym kątem, ale zaburzona nowym układem struktura regeneruje się, jak tkanka nabłonkowa. Po wypełnieniu wszystkich dziur pojawia się słowo „koniec” i…

…z poczwarki wylatuje motyl. To najbardziej komfortowe, ale i najgłupsze stadium pisarza. Gdy udziela wywiadów, sam nie pamięta, co rzeczywiście napisał, a co podpowiedział mu dział promocji wydawnictwa. Jest szczęście i jest chaos. Kto nie cierpi, kto nie kaszle, ten nie myśli, ta idea towarzyszy jednak Czarodziejskiej górze Thomasa Manna, najważniejszej powieści pacjenta XX wieku. Niekiedy więc pisarz wykorzystuje ten etap, nie tylko by pokazać kolorowe skrzydełka, lecz również zgodnie z zaleceniami BHP – oczyścić umysł przed kolejną powieścią. Mnie osobiście po serii udawania mądrzejszego niż jestem, na ogół robi się tak wstyd, że chętnie znów przyjmuję stadium jaja. Z nadzieją na nową, lepszą strukturę.